Ratujmy ptaki. Historia pewnego IBISA.

Kategoria: Blog

Relacja z naprawy pióra wiecznego m-ki Pelikan, autorstwa naszego Kałamarzowego Pendoctora – Przemka Dudka, opublikowana w tegorocznym  Pen Show Magazine. Zapraszamy do lektury 🙂

 

Naprawa piór to temat rzeka… wartkim nurtem płynąca. Tyle teorii, szkół, wrażliwości ilu pendoctorów.

Przedmiotem niniejszego artykułu jest naprawa pióra znanego, nie przez wszystkich cenionego, ot, taka ciekawostka.  Jest nim Pelikan IBIS.

Do wrażliwości i innych cech naprawiaczy nawiązałem nie bez kozery. Proszę spojrzeć na pierwszą fotografię. Tak, to właśnie jest Pelikan IBIS. A raczej kiedyś nim był.

Naprawa Ibis 001

Pióro kupiłem głównie z powodu stalówki. Ten mały przedmiot wykonany został z palladu. Użycie tego metalu spowodowane zostało restrykcjami wojennymi Rzeszy Niemieckiej, tzn. zakazem stosowania złota w przedmiotach m.in. codziennego użytku. Palladowe stalówki Pelikana są rzadkie. Przyznam, pierwszy raz mam w ręku „palladówkę” z napisem IBIS.

Pelikan IBIS, właściwie pióro nazywało się po prostu – IBIS. Pelikan oraz ibis to ptaki. Dwa ptaki na/w jednym piórze to trochę za dużo. Stąd IBIS.

No właśnie, oto, za przeproszeniem, on:

Naprawa Ibis 002

Model przedwojenny, który datuję na rok ok. 1937. Wtedy właśnie wprowadzono palladowe stalówki.  Sam model był produkowany w latach 1936 – 1956, choć oficjalnie za datę zakończenia przyjmuje się rok 1954.

Warto także dodać, że początki IBISa sięgają roku 1932, bo wtedy wyprodukowano model Rappen (jedyne w tym czasie pióro bez tłoka), a którego IBIS jest kontynuatorem.

Rozróżniamy dwie wersje tego modelu. Przedwojenną, a raczej przedwojenno-wojenną, oraz nieco większą i różniącą się detalami – powojenną. Wróćmy jednak do naszego destrukta.

Tutaj powrócę do tematu różnic w podejściu pendoctorów do sprawy. Naprawiać czy nie naprawiać?

Istnieją dwie szkoły. Pierwsza mówi, że skoro pióro nie jest wybitnie rzadkie i nie „rokuje”, można je pozostawić w zbiorach części. Kiedyś przecież trafi się inny egzemplarz, a nasze piórko odwdzięczy się częściami.

Druga „szkoła” to podejście czysto ambicjonalne: cooo? Ja nie potrafię?

Zatem stało się. Postanowiłem biedaka uratować.

Naprawa Ibis 003

Co rozpoznano? Otóż gwintowana końcówka najzwyczajniej się rozpadła podczas wykręcania systemu napełniania. Celuloid ma tendencję do minimalnego obkurczania się, a że system napełniania wykonany jest z ebonitu, w ostatecznej konfrontacji padł celuloid. Niestety, gwint posypał się na drobne kawałeczki. Na zdjęciu widzimy te największe, uratowane.

Przyznam, że w takich momentach ma się chęć do zmiany zdania i oficjalnego wyznania pierwszej z wcześniej wymienionych szkół, ale być może zapowiedź powstania tego artykułu na łamach PSM uratowała naszego biedaczynę.

Ratowanie gwintu odbyło się dwuetapowo. Najpierw trzeba było powstrzymać dalsze pękanie celuloidu. Tutaj użyłem rozpuszczonego celuloidu o konsystencji niemalże samego rozpuszczalnika.

Naprawa Ibis 004

 

Dwa dni w formówce (to  metalowe urządzonko) i gotowe. Prawdziwa zabawa nastąpiła w drugim etapie.

Naprawa Ibis 005

Tutaj kawałeczki oryginalnego gwintu posmarowane wspomnianym roztworem umieściłem w miejscu ich przeznaczenia. Problemem pozostały brakujące fragmenty gwintu, które trzeba było uzupełnić. W tym przypadku użyłem podobnego roztworu, jednak o gęstości syropu. Przyznam, że czynności te powtarzałem kilkadziesiąt razy, aż uzyskałem  powierzchnię porównywalną z oryginalnym korpusem. Następnie szlifowanie, poprawianie (kilkanaście razy) no i wyszło coś takiego:

Naprawa Ibis 006

Tak, to już wygląda jak pióro,  raczej kształt wydaję się znajomy.

Skoro bawię się w naprawę totalną, która zbliża się do szumnego słowa odrestaurowywanie, należy pochylić się nad kolorem korpusu. Wyjaśniam, korpusy IBISów były malowane farbą celuloidową. Niestety wieloletnie użytkowanie, a dalej obijanie się pióra po kieszeniach, szufladach, targach staroci i gdzie tylko można sobie wyobrazić powodowały, że czarnienie to znikało ujawniając piękny bursztynowy lub, jak kto woli, butelkowy kolor. Postanowiłem  pomalować delikwenta, tak aby uroczy bursztynowy kolor pozostał tylko na okienku podglądu.

Niestety nie znam dokładnego składu oryginalnej pelikanowskiej farby, jednak jestem pewny, że to po prostu rozpuszczony barwiony celuloid.

Efektem moich głębokich rozważań była „farba”, a raczej mikstura, składająca się z pelikanowskiego celuloidu (użyłem połamanych fragmentów innego przedwojennego Pelikana) , barwnika, a to wszystko utopione w rozpuszczalniku. Niestety, nie mogłem użyć aerografu, ponieważ agresywność tego płynu wykończyłaby wszystkie uszczelki takiego sprzętu. Pozostało mi malować ręcznie – pędzelkiem, szlifować, jeszcze raz malować, aż do poniższego efektu:

Naprawa Ibis 007

Ujdzie, prawda?

Przyznam, że doprowadzenie do tego etapu trwało ładnych parę tygodni. Większość czynności była powtarzana do znudzenia. Przed Państwem tylko efekty poszczególnych działań, ale już mamy z górki.

Aby umilić sobie czas robieniem czegoś bardziej konstruktywnego, a przede wszystkim nie śmierdzącego rozpuszczalnikiem, postanowiłem zaopatrzyć nasze pióro w nową uszczelkę korkową:

Naprawa Ibis 008

Powyższa fotografia powinna nazywać się „Cięcie, docięcie, impregnacja”. Tak właśnie wygląda od środka większość przedwojennych Pelikanów. To pierwszy tak wyglądający system napełniania, który już w 1929 roku zrewolucjonizował przyrządy piśmiennicze, a w zasadzie ich napełnianie.

Wczesne Pelikany mają korkowe uszczelki, dlatego taką odtworzyłem, a następnie zaimpregnowałem. Zatem – serce pióra znów bije.

Pozostańmy jednak przy medycynie estetycznej. Poważnym problemem starych piór jest utlenianie niektórych materiałów. W przypadku naszego pacjenta chodzi o skuwkę, tzw. captop, oraz pokrętło tłoka. Wykonano je z ebonitu.

Naprawa Ibis 009

 

Ebonit to po prostu wulkanizowana guma, którego proces produkcji jest bardzo podobny do wytwarzania opon samochodowych. Kto z nas nie wymieniał opon w samochodzie, albo w rowerze? No właśnie. Ebonit jest twardy i długowieczny. Zapewniam, że nasz IBIS po opuszczeniu hanowerskiej fabryki był piękny, czarny i błyszczący. Tak właśnie wygląda „świeżutki” ebonit. Jego zaciekłymi wrogami są wilgoć, światło oraz upływający czas. Pewnie niemieccy konstruktorzy i technolodzy nie przewidywali, że po kilkudziesięciu latach nad tym piórem ktoś będzie się pochylał i pisał artykuł.

Degradacja kolorystyczna ebonitu to przekleństwo pendoctorów. Większość przedmiotów wykonanych z dobrej jakości ebonitu można jednak uratować, a zdegradowany kolor odtworzyć. Najczęściej chodzi tu o długotrwałe polerowanie, aż do uzyskania gładkiej czarnej powierzchni. Zaznaczam, że zdarza się, iż niektóre partie tego materiału były wykonywane w innej, nieznanej mi technologii. Degradacja nie jest wtedy powierzchowna lecz całościowa. Ebonit Pelikana najczęściej degraduje powierzchniowo.

Niezależnie od jakości ebonitu, polerowanie „zabija” wszelkie oznaczenia powierzchni pióra, takie jak gilosz lub imprinty. W przypadku naszego Pelikana imprint – oznaczenie producenta znajduje się nad klipsem, na tzw. captopie.

Polerowanie musi być wręcz symboliczne. Dalej działa chemia. Oto efekt:

Naprawa Ibis 0010

Trwało to, oj trwało. Nie ma nic bardziej radosnego niż ukończone prace. Do tego momentu właśnie zmierzam.

Brakujący klips oddałem do złotnika, aby galwanicznie pokrył go 14-karatowym złotem. Następnie przepolerowałem stalówkę. Wszystkie gwinty przesmarowałem nieagresywnym smarem, a wszelkie ruchome elementy natłuściłem parafiną. Teraz już tylko złożyć wszystko w całość.

Ulga i satysfakcja. Pióro pierwotnie spisane na straty wróciło do stanu używalności:

Naprawa Ibis 0011

Naprawa Ibis 0012Naprawa Ibis 0014

Pióra naprawiam już parę lat. Podczas totalnych napraw, takich jak powyższy IBIS niezmiennie towarzyszy mi poczucie bycia częścią historii, która w tym przypadku zaczęła się w roku 1937. Pióro przetrwało wojnę, faszyzm, komunizm. Pisała nim osoba, może nie jedna,  która miała swoją historię, swoje marzenia i zmartwienia. Pisała listy, wypełniała dokumenty, robiła notatki.

W końcu na atramentowej drodze tego pióra stanął wróg – niszczyciel. Tak mogła zakończyć się historia naszego IBISA.

Nic nie dzieje się przypadkiem i bardzo w to wierzę. Może nie była to tylko kwestia szczęścia, że naszego nieboraka zauważyłem i postanowiłem kupić. Tak, mam słabość do Pelikanów. Może tak miało być, że się zacietrzewiłem i wygoniłem z domu demona lenistwa. Może IBIS na mnie czekał i wołał o pomoc. Może.

Na pewno stałem się kawałkiem historii tego pióra. Przywróciłem go do piśmienniczego życia. Nie będę go zatrzymywał. Niech ktoś inny pisze tym piórem swoją historię.

Przemysław Dudek